Mały Lucek od zawsze chciał być artystą. Dla dzieci z podwórka wystawiał teatrzyki lalek, uliczne psychodramy i happeningi w pralni Pani Józi. Wszystko szło pięknie do czasu słynnego performance’u pod tytułem „Ogórek światła”. Tego jego publika nie była już w stanie zrozumieć. Średnia wieku – lat 6.
Tylko Pani Józia, właścicielka wielkich niebieskich oczu, wsparta o swe krągłe biodra, z uporem maniaka powtarzała:
– A ja wam mówię, Lucek kiedyś będzie kimś ważnym.
Lucek jednak zrozumiał, że tFurczość przez duże tfu wymaga cierpliwości, a i pieniądz z tego niepewny. W nocy nawiedził go szatański pomysł. Po co samemu się męczyć, jak można przecież złapać artystę i powiedzieć ludziom, co on właściwie miał na myśli?
Kupił se więc Lucek zestaw „MAŁY KRYTYK”.
Otworzył pudełko i czyta instrukcję obsługi. W pudełku powinno się znaleźć:
- szkiełko i oko,
- słownik wyrazów mądrze brzmiących,
- jeden chomik prześmiewca,
- zestaw do mądrych min i marszczenia czoła.
Uwaga: artysta nie został dołączony do zestawu i trzeba go znaleźć samemu.
Poszedł se więc Lucek do kina na film – łapać artystę. Popatrzył na ekran, wyciągnął ręce i złapał ofiarę za nogi.
– No chodź tu, artysto, ty bezczelny kmiocie! Gdzie, gdzie uciekasz? Właź do szuflady, bo cię kopnę w twoją artystyczną dupę i będziesz miał siedem lat posuchy!
– Kurde, no nie mieści się, nie mieści. Co ja teraz zrobię?
Może by go tak w dwie szuflady?
Głowę i tułów w postmodernizm, a nogi w pudełko z napisem „Hollywoodzki mainstream”.
Nasapało się dziecię, namęczyło, aż wreszcie – z pomocą słownika wyrazów mądrze brzmiących – docisnęło szufladkę. Przyklasnęło w małe, pulchniutkie rączki.
– Mam, mam! Pierwszego własnego artystę! Będzie teraz mój na wieki!
Tylko z głębi szuflady zawodził głos przekłutego motyla:
– Ja nie chcę do szufladki… Ja chcę być wolny… Ja po prostu chcę robić filmy…